Podejść do nauki kite’a robiłem już kilka. Niestety nigdy nie mogłem sobie pozwolić na spędzenie w Chałupach wystarczającej ilości czasu. I nawet gdy w zeszłym roku wygrałem tygodniowy obóz, wiało jedynie dwa dni, a ja wypływałem 4 godziny. Tak to mniej więcej wyglądało co roku. Jedyne co udawało mi się osiągnąć to odtworzyć elementy, które opanowałem rok wcześniej. O żadnym progresie nie było mowy. I oczywiście nie miałem gwarancji, że w tym roku będzie inaczej. A ja w końcu chciałem nauczyć się pływać.

W tym sezonie, w związku z mocno ograniczonym budżetem, postanowiłem poszukać najtańszego kursu na Helu. I tak oto trafiłem na szkołę funkite.pl mieszczącą się na kempingu Polaris. Na pływanie namówiłem jeszcze dwójkę przyjaciół. Wystartowaliśmy w sobotę o 6:00 rano. Ja odsypiałem zarwaną noc na siedzeniu pasażera, podczas gdy siedząca za kierownicą Aga teleportowała nas do Chałup. Zakwaterowaliśmy w przyczepie na „szóstce”, po czym udaliśmy się spacerem na Polarisa. Przed przyjazdem dość długo zastanawiałem się nad opcją noclegową, z początku myślałem o namiocie na samym Polarisie, który niedługo będzie jedynym kempingiem, gdzie będzie można się z namiotem rozbić. W końcu podłączyliśmy się pod obóz Surf & Salsa, przez co miały na nas czekać dodatkowe, oprócz pływania, atrakcje. Co do samego kite’a to Aga oraz Jachu, nie do końca wiedzieli na co się zdecydować. Zaproponowałem, żeby przeszli się ze mną i wtedy podjęli decyzję.

Funkite.pl

Gdy doszliśmy do Polarisa i znaleźliśmy szkółkę, ktoś zażartował tylko – To już wiem, dlaczego jest to najtańszy kurs na Helu. Faktycznie, baza nie prezentowała się wyjątkowo urodziwie. Wiata z ladą, pełniącą rolę recepcji, kilka desek do windsurfingu stojących pod ścianą, obok niepolepszających bynajmniej wrażeń wizualnych styropianowych paneli. Jednak w związku z tym, że ja chciałem nauczyć się w końcu pływać, powiem szczerze, że było mi z tego powodu wszystko jedno. Po chwili pojawił się właściciel szkoły, Maciek, który po pierwsze nakreślił nam sytuację i zaprezentował plac budowy znajdujący się z tyłu. Szkółkę przejął w zeszłym roku i w tej chwili był w trakcie stawiania nowej bazy oraz organizowania miejsc noclegowych. Plan – zdążyć przed początkiem sezonu.

Ile kosztuje najtańszy kurs kitesurfingu?

Po rozmowie z Maćkiem, Aga i Jachu zdecydowali się na 5 godzin indywidualnie za 499 złotych. Ja już wcześniej miałem klepnięte IKO I + IKO II + IKO III za 1347 złotych. I zdecydowanie jest to najtańsza opcja dostępna na Helu. Sprawdzaliśmy w innych miejscówkach i tam 5 godzin kosztowało średnio 750 złotych czyli 50% drożej. Zastanawialiśmy się tylko czy cena nie wpłynie na jakość samego szkolenia.

Sobota – teoria

W sobotę niestety nie wiało, dlatego moja instruktorka Agata, zorganizowała nam nad morzem, trwające jakieś 2 godziny, szkolenie teoretyczne. I tutaj już muszę przyznać, że był sztos, bo wszyscy jednogłośnie uznaliśmy, że była to najlepiej wyłożona teoria kite’a z jaką się spotkaliśmy. Skorzystał również, pływający na windsurfingu, Adam który uznał, że ten kitesurfing nie brzmi w sumie tak źle, i że następnym razem chętnie by spróbował praktyki. Po szkoleniu nasze morale zdecydowanie się poprawiło. Resztę dnia spędziliśmy grając we frisbee oraz spike ball’a. Wieczorem zaliczyliśmy imprezę. Niedziela niestety znów zapowiadała się bezwietrznie.

Aby pływanie na kitesurfingu miało sens powinno wiać w okolicach 15 węzłów. Z wiatrem na Helu jest różnie, dlatego wiele osób na naukę wybiera bardziej egzotyczne kierunki. Chociaż i tam nikt nam nie da gwarancji. Moim (i nie tylko moim) zdaniem Zatoka Pucka to idealne miejsce do nauki. Ja z pewnością nie zdecydowałbym się na pierwsze próby pływania na jeziorze, gdzie wiatr kręci i nie trzeba wiele aby wylądować na przybrzeżnym drzewie. Gdyby jeszcze warun był pewny, to mielibyśmy jeden z najlepszych spotów w Europie. W niedzielę niestety nie wiało, dlatego po długim wieczorze, nie śpieszyliśmy się ze wstawaniem. Zakładaliśmy, że tego dnia, w kontekście kursu, mamy wolne. Nic bardziej mylnego.

Niedziela – self rescue

Agata o 12:00 napisała, żebyśmy wpadli jak się ogarniemy to zrobimy self rescue. Przypomniałem sobie jak jadąc samochodem, nie mogąc zasnąć zastanawiałem się co bym zrobił w sytuacji, gdy na głębokiej wodzie zgubiłbym deskę, a latawiec wpadłby do wody. Albo gdybym zerwał linki, splątał się czy cokolwiek innego. I zupełnie nie miałem na to wszystko pomysłu. Odpowiedzią miały być właśnie zajęcia self rescue, których… nie miałem na żadnym wcześniejszym kursie, a które moim zdaniem powinny być obowiązkowe. Sama Agata powiedziała, że dobrze przynajmniej raz w sezonie przećwiczyć sobie całą procedurę w kontrolowanych warunkach.

Jak wyglądały same zajęcia nie będę dokładnie opisywał. Po zrywce zwinęliśmy i zabezpieczyliśmy bar, po czym przećwiczyliśmy opcje zamiany latawca w żagiel oraz tratwę. Agata na spokojnie omówiła wszystkie kroki i wybór rozwiązań w zależności od sytuacji. Po wyjściu na brzeg, Maciek powiedział, że dla swoich kursantów szykuje opcję „premium” self rescue, która obejmowała będzie wywiezienie motorówką na głębszą wodę. Moim zdaniem doświadczenie bezcenne. Szczególnie gdy nie wieje.

Reszta niedzieli upłynęła nam leniwie. Dodatkowo położyliśmy się spać wcześnie, bo już od rana miało się rozwiewać. Planowaliśmy jeszcze wpaść do załogi funkite’a na grilla, ale niestety nie udało nam się zgrać.

Poniedziałek – pierwsze pływanie

W poniedziałek Agata napisała, żeby przyjść do bazy koło 11:00. W związku z tym, że wiało, po raz pierwszy udało nam się nie spóźnić. Dostaliśmy herbatę, pogadaliśmy trochę, wybraliśmy sprzęt i chwilę po 12:00, gdy wiatr się ustabilizował byliśmy już na wodzie. Ja na zajęciach indywidualnych z Agatą, a Aga i Jachu na grupowych z Dominikiem. Wszyscy wyposażeni w krótkofalówki, z którymi do tej pory spotkałem się jedynie w szkole Surfpoint. Rewelacyjna rzecz. Przyznam szczerze, że zupełnie się ich nie spodziewałem, a jest to jeden z elementów, który potrafi zrobić różnice. Wyobraźcie sobie szkolenie, podczas którego instruktor musi was gonić albo krzyczeć przez pół zatoki. Bywa i tak. Tutaj było w drugą stronę i nawet jak wypłynąłem bardzo daleko, Agata i tak nie odpuszczała mi nawet na chwilę i co rusz słyszałem – mięta, biodra do przodu! czasami czułem, jakby obserwowała mnie przez lornetkę. Dobra, czyli już wiecie, że zaczynałem pływanie z pozycją jak na kiblu, tyłek w wodzie i jazda. Zdecydowanie tak wyglądała moja pierwsza godzina szkolenia i poza tym, że ładnie startowałem na obie nogi, to miałem problem z ostrzeniem, a do zwrotów nawet nie podchodziłem. Więcej chodzenia pod wiatr niż pływania. Na szczęście po korektach udało mi się w końcu poprawić pozycję i nie tracić wysokości. Godzina bez dreptania w wodzie i ogromny banan na twarzy. Dodatkowo ogromnym atutem funkite’a jest samo miejsce. Spora plaża i dużo miejsca na wodzie, gdzie jest po prostu luźno. A gdy zaczynamy się uczyć jest to jeden z najistotniejszych elementów. Ciągłe próby unikania kontaktu z innymi użytkownikami nie są zbyt przyjemne. Szczególnie wtedy gdy kończą się niepowodzeniem. Moim zdaniem jest to ogromny plus funkite’a.

O 15:00 zrobiliśmy przerwę i poszliśmy na obiad. Aga metodą łódkową ogarnęła spaghetti, które zjedliśmy we dwójkę, bo Jachu wpadł w depresję. Do tej pory nie wiem czy chodziło o makaron zamiast pizzy, czy może powód był bardziej złożony 😉 Tak czy inaczej całą trójką o 18:00 zameldowaliśmy się na wodzie. Aga z Jachem dostali już oddzielny sprzęt i tak cisnęliśmy do 20:00. Ja skupiłem się na ostrzeniu i poprawianiu pozycji, uznałem, że mogę moczyć tyłek przy zwrotach, byleby tylko nie musieć drałować później pieszo. I przyznam szczerze, że pod koniec wyglądało to już na tyle dobrze, że w pewnym momencie usłyszałem przez krótkofalówkę – mięta, my już wiemy, że Ty umiesz ostrzyć, ale nie przesadzaj, bo zaraz będziemy Cię musieli zgarniać z Władysławowa. Aga i Jachu też zrobili fajny progres. Po zejściu z wody wszyscy zastanawialiśmy się tylko czy następnego dnia będzie wiało. Prognoza była dobra, ale jak to z prognozą, różnie bywa. W związku z tym, że miało dmuchać bardzo wcześnie i zgasnąć koło 14:00, o północy byliśmy już w łóżku. Budziki nastawione na 7:00 rano.

Wtorek

Pobudka, szybka toaleta, śniadanie. 8:33 jesteśmy w bazie. 3 minuty spóźnienia, nie jest źle. Na szczęście i tak nie ma karnych pompek czy innych burpees’ów. Na obozie może już nie być tak lekko. Napompowaliśmy latawce, podczepiliśmy bary, jeszcze tylko szybka weryfikacja przez grono instruktorskie, do którego dołączył Tomek i jesteśmy na wodzie. W sumie nigdy nie miałem okazji tyle razy samodzielnie ogarniać sprzętu. Mam nadzieję, że tym razem w końcu utrwaliłem sobie na dobre. Gdy latawiec był już w górze, Agata popatrzyła na mnie i powiedziała – no mięta, ostrzyć już umiesz, to teraz jedziemy ze zwrotami. Spróbujemy jibe’a. – no to spoko, pomyślałem. Agata wzięła ode mnie latawiec i po chwili wszystko stało się jasne. Okazało sie, że jibe to zwrot na switchu, czyli wykonany po zamianie nogi podczas płynięcia. Dzięki doświadczeniu zdobytemu na wake’u ze switchem nie było problemu i po chwili wykonałem swój pierwszy zwrot z lewego na prawy hals. Powtarzałem tę sztukę wielokrotnie, a po jakimś czasie zacząłem również ćwiczyć standardowe zwroty. Niestety! Jak to w życiu bywa, nie wszystko szło tak dobrze i o ile zmiana z lewego na prawy hals, nie stanowiła żadnego problemu, tak w drugą stronę, moczyłem tyłek za każdym razem. Agata podpowiadała coraz to nowe rozwiązania, jednak nadal nie potrafiłem zrobić zwrotu. Na przerwę zszedłem na tarczy. Zdecydowaliśmy, że nie będziemy długo odpoczywać, bo zaraz może przestać wiać. Na wodzie zameldowaliśmy się o 12:00. Jak się okazało, było to nasze ostatnie wejście podczas tego wyjazdu.

Agata wzięła swój sprzęt, żeby popłynąć za mną i sprawdzić dokładnie, gdzie popełniam błąd. Okazało się, że po pierwsze robię to wszystko przy zbyt dużej prędkości, a gdy już ją wytracę, to mam źle ustawioną deskę. Dodatkowo sam poczułem, że latawiec zbyt wolno przechodzi mi na drugi hals. – Musisz delikatnie zaciągnąć bar przy zwrocie – podpowiedziała Agata. Po zastosowaniu tych rad… poszło jak z płatka. Ostrzenie, pływanie z jedną ręką, zwroty na obie nogi, zwroty na switchu. Był taki fun, że mógłbym nie wychodzić z wody. W pewnym momencie pływaliśmy z Agą i Jachem praktycznie obok siebie i dopiero wtedy można było ocenić, jaki progres zrobiła cała trójka. Dla mnie ważne było to, że w końcu nie muszę myśleć o latawcu i desce, przez co jestem w stanie skupić się na tym co dzieje się wokół mnie. Niestety o 14:00 zgodnie z prognozą przestało wiać. Ale i tak nie popsuło nam to humorów. Było po prostu rewelacyjnie. Ogarnęliśmy sprzęt, zostawiliśmy pianki na słońcu i poszliśmy się spakować. Pojechaliśmy jeszcze do Smażalni Ryb Wicher na dorsza, zjedliśmy obowiązkowego gofra i tak nasz przedłużony weekend dobiegł końca.

Zajechaliśmy do bazy odebrać rzeczy, a przede wszystkim pożegnać się z ekipą funkite, z którą bardzo się przez ten krótki czas zżyliśmy. Akurat był u nich w odwiedzinach Norbert „Beret”, który przywiózł nowiutki sprzęt North’a do testów. Kolejny powód, żeby odwiedzić bazę na Polarisie.

I jedyny niedosyt jaki mieliśmy po tym całym spędzonym z nimi czasie, to to, że nie udało się ani razu napić razem piwka! Będziemy chcieli to koniecznie nadrobić.

Ekipa Szkoły Funkite

Nasza ocena

Co do samego szkolenia, to zupełnie szczerze, było najlepszym na jakim byłem. A trochę szkółek w Chałupach zwiedziłem. Niestety najczęściej było to pływanie 2-4 godzinne podczas całego wypadu. Poziom moim zdaniem taki jak w Surfpoincie, a nawet lepiej. Dodatkowe plusy za teorię oraz self rescue. I rewelacyjne miejsce do pływania, gdzie jest po prostu luźno. Szczerze każdemu polecam, myślę, że Aga i Jachu również się pod tym podpiszą. Tak jak napisałem we wstępie, jedyne do czego można byłoby się ewentualnie przyczepić to baza. Ale praca wre. Każdego dnia, wyglądało to coraz lepiej, a gdy nie wiało, Maciek gonił wszystkich do pracy. Ze szczególną sympatią chłopaki opowiadali o wkręcaniu 30 centymetrowych śrub. Nie było zmiłuj. Gdy tylko baza będzie gotowa, to będziemy mieli do czynienia z jedną z najfajniejszych miejscówek na Helu – z super kadrą, świetną atmosferą i fantastycznym miejscem do pływania. Dla mnie sztos. Ja planuję wpaść jeszcze w tym sezonie, żeby nauczyć się skakać!